sobota, 25 maja 2024r.
Home Wspomnienia
Wspomnienia
"Wspomnienia o mieszkańcach wsi Nowy Kamień - kolonii niemieckiej Steinau"

     Wspomnienia spisane przez Konstantego Radomskiego mieszkańca Gminy Kamień są godne polecania do przeczytania - zapoznania się z naszą historią. Konstanty był „pisarzem gminnym”, a sam o sobie pisał, że był „pisarczykiem”. Piastował tę funkcję urzędową do 1934 r., później awansował na zastępcę „sekretarza gminy”. Wspomnienia bardzo realnie ukazują nam nasze rodzinne strony i życie swojskie oraz gospodarcze aspekty tej miejscowości. Konstanty Radomski był w zasadzie samoukiem o bardzo racjonalnym spojrzeniu na te czasy. Ważna była rola „pisarza gminnego” wśród mieszkańców w większości niepiśmiennych, zdarzało się, że wybrany wójt też był analfabetą. Jak sam mówił: „pisarz był mózgiem gminy i w hierarchii wiejskiej szedł po organiście”. W lipcu 1944 r., kiedy Gmina Kamień liczyła ponad dziesięć tysięcy mieszkańców i obejmowała pięć gromad, objął funkcję sekretarza Gminnej Rady Narodowej. Przepracował w administracji Gminy Kamień w sumie czterdzieści lat, w tym przez ostatnich dwadzieścia lat kierował Urzędem Stanu Cywilnego.

(http://www.tpkamien.pl)

     Biorąc powyższe pod uwagę, Konstanty Radomski mając tak szeroki dostęp do informacji jest wiarygodnym świadkiem historii naszej miejscowości, urzędnikiem o odpowiednich kompetencjach oraz bacznym obserwatorem dziejów, które potrafił opisać z wielkim talentem i rzetelnością. Z tekstu dowiadujemy się o faktach z opisami godnych ludzi uczestniczących w tych wydarzeniach, zasłużonych mieszkańców wsi. Był „Pisarczykiem” z wielką pasją i ze smykałką do pisania. Potrafił pisać o dobrych cechach naszych przodków, chwalił za dobre działania ówczesnych mieszkańców, ale też miał odwagę mówić o wadach i niegodnych postępkach swoich rodaków, krytycznie oceniając ich postawę. To wszystko z tych wspomnień można się dowiedzieć.

     Przepisując maszynopis do edytora elektronicznego tekstów zauważyłem dużą zbieżność z tym, co słyszałem od swoich rodziców, dziadków, ciotek, stryjów oraz sąsiadów i znajomych. Dziadek Marcin Wąsik i ojciec wielokrotnie podkreślali dobre cechy naszych dawnych sąsiadów Niemców i Żydów. Przejęty sposób uprawiania ziemi, porządek w domu i na podwórzu oraz przed posesją na gościńcu był jako coś normalnego, część z tych zwyczajów, postaw prospołecznych, gotowości pomocy i takiej nie udawanej życzliwości przyjęli Polacy jako swoje.

     Do dzisiaj funkcjonują niemieckie nazwy: pól, dróg, pastwisk, narzędzi, sposób i czynności przy uprawie pól, sprzętu rolniczego. Opisane legendy uznawane są jako nasze, prawdziwe, gdyż potwierdzają to fakty z życia współczesnego, jakie doświadczaliśmy codziennie w naszych rodzinach. O działaniach czarcich mocy w okolicach cmentarza, na mokradłach, olszynkach i wyrobiskach cegielnianych na polach Linksajtu i Rechtsajtu, znamy je z opowiadań i swoich przygód. Wielu mieszkańcom pracującym w Stalowej Woli, niektórym nawet dość często, szczególnie w dniach wypłaty zdarzało się wstąpić do tutejszej gospody z własnej potrzeby lub podszeptów wewnętrznego, niewidzialnego doradcy. Później już idąc do domu, za radą spotkanego na drodze usłużnego jegomościa o dość nietypowym wyglądzie, który nie zostawiał śladów stóp na piasku, tylko jakby ślady kopyt, a zaciągał trochę z niemiecka, zwracał się do nas imieniem Christof (?), zachęcał do wypicia jeszcze jednego „siwaczka” okowity, tak dla kurażu i poprawy samopoczucia, czego nikt nie śmiał temu „jegomościowi” odmówić.

     Zdarzało się też, że ktoś nagle nie wracał do domu z pracy. Taki przypadek zdarzył się po sąsiedzku, pewnego dnia sąsiad nie wrócił z pracy, sąsiadka pytała nas, czy nie widzieliśmy jej męża? Nie wiadomo co się z nim działo, ale po paru latach wrócił do domu, tylko już z dość dużym przychówkiem?

     Sam też doznałem pewnego rodzaju tzw. „pomroczności jasnej” i gdyby nie pawie u mojego kolegi Adasia Klimka, to być może, bym się błąkał tam do dzisiaj, usłyszałem znajome głosy ptaków, dzięki którym udało mi się bezpiecznie trafić do domu. W naszych olszynkach pewnego razu spotkałem dziwnego człowieka w fantazyjnym stroju zbierającego czarne jagody kruszyny, których było w tym roku zatrzęsienie, tylko mama zabraniała je zrywać, a ten się nimi objadał i nic mu nie było? Na uwagi, że sobie pewnie pomylił je z jeżyną, ten schował się za gęstwinę i zniknął bez śladu? Od tego spotkania już nie mogłem pozbyć się myśli, że to był ktoś z nie z tego świata.

     Takie wizyty dziwolągów nazywane były „spotkaniami trzeciego stopnia” miały swoje miejsca do objawień, które potrafiły przyciągać niektórych ludzi. W okolicach Steinau było nawet kilka takich miejsc, które staraliśmy się omijać, co nie zawsze było możliwe. Takim miejscem był cmentarz. Jeśli już szliśmy przez cmentarz, zawsze było nas minimum dwóch.

     Mój kolega szkolny Genek Partyka, był wypożyczyć książkę w bibliotece i wracając szedł do domu omijając cmentarz od południowej strony, gdzie dawniej na skarpie była trupiarnia i gdy mijał ten obiekt w oknie zobaczył kobietę w strasznych łachmanach, więc zaczął uciekać przez pola do domu, lecz kobieta błyskawicznie stanęła mu na drodze ucieczki i poprosiła o książkę, którą bez oporu jej oddał i uciekł do domu. Następnego dnia poszliśmy w trójkę do trupiarni i książka leżała na stole, tak jakby ją ktoś tam czytał?

     Miałem i ja też podobną przygodę cmentarną, wracając wieczorem z gospody z kanką piwa na wysokości bramy wejściowej na cmentarz stała zakonnica z dłońmi złożonymi do pacierza, jak ją zobaczyłem zacząłem biec do domu z tym piwem, i jak się zjawiłem w domu wszyscy byli zdziwieni, że tak szybko wróciłem i pytali tylko czy kupiłem to piwo, jak im opowiedziałem kogo spotkałem przed cmentarzem, śmiali się ze mnie, że się boję zakonnicy, zwróciłem im uwagę na pewien fakt, że zakonnic w Kamieniu nie ma, więc skąd, miała stać akurat tam ta zakonnica?

     Jak z powyżej przedstawionych relacji wynika, wspomnienia opisane przez Konstantego Radomskiego mają swój dalszy ciąg też w tych nowszych czasach. Ja sam znałem Konstantego, pamiętam jak zbierał pieniądze do kapelusza na dzwon kościelny wśród uczestników wciągania dwóch dzwonów na dzwonnicę. Zapewne sam Konstanty mnie nie znał, gdyż byłem tylko małym chłopaczkiem gapiącym się na to ważne wydarzenie w naszej parafii.

     Maszynopis wspomnień ma pieczęć parafii i sygnaturę akt parafialnych, gdyż autor w obawie przed władzami socjalistycznymi i osobami, które zostały negatywnie ocenione we wspomnieniach mogły ten dokument minionych czasów zniszczyć i nie dopuścić do ujawnienia prawdy, złożył ten maszynopis u Proboszcza. Dzięki zdolności przewidywania możliwych zdarzeń i zapobiegliwości samego autora maszynopis wspomnień teraz można udostępnić dla ogółu społeczności Kamienia. Zachęcam do przeczytania tych wspomnień „Pisarczyka” Kostka Radomskiego, przedstawiające historię w bardzo interesujący sposób!


Poleca i co nieco też wspominał, szperacz: Władysław Wąsik

 
Z cyklu "Znikające zawody w Gminie Kamień" - kowalstwo, stolarstwo i tkactwo

     Dzięki dr. Andrzejowi Rurak, który w książce „Kamień w przeszłości i dziś” opisał okoliczności zasiedlania Podlesia, możemy domniemywać w jakim środowisku i otoczeniu mieszkali i żyli znani nam nasi przodkowie Wojciech i Gertruda Ślusarz. Według pamiętnika spisanego przez mieszkańca Podlesia Piotra Kołodzieja, syna Kacpra, „pierwszym założycielem i pionierem Podlesia był niejaki Bochenek”.

     Dr Andrzej Rurak w wyżej wymienionej książce zaś pisze: „Na zachód od wsi, pod lasem w końcu XVIII wieku zaczęli się osiedlać niektórzy mieszkańcy Kamienia i sąsiednich wsi. Tak powstały przysiółki: Podlesie, Dudziki i Skiby”.

     Natomiast z protokołu Zwierzchności i Rady Gminnej w Kamieniu wynika, że w latach 1893/94 zezwalano niektórym członkom rodzin na zakładanie zagród na końcu pól przylegających do pastwiska w Podlesiu i odtąd Podlesie zaczęło się zaludniać i powstała wieś „Podlesie” wcześniej nazywana „Bochenkami”.

     Piotr Kołodziej w pamiętniku opisuje życie mieszkańców Podlesia, których głównym źródłem utrzymania była praca na roli oraz korzyści czerpane z lasu. Byli na ogół biedni, bo ich zagrody miały małą powierzchnię, a grunty były podmokłe i słabej jakości.

     Zarówno Krzywa Wieś, jak i Podlesie nie stały się samodzielnymi wsiami, lecz wchodziły, jako przysiółki, w skład Kamienia.


     Wojciech i Gertruda Ślusarz, nasi przodkowie mieszkali natomiast jeszcze w innym miejscu niż ww. siedliska w tej książce! W przysiółku już prawie zapomnianym, położonym na terenie pomiędzy Krzywą Wsią, a Podlesiem, w pobliżu skrzyżowania dróg do Korczowisk i Podlesia, w miejscu nazwanym na mapie austriackiej z XIX wieku - jako „Kowale”!!!., co niedawno dość przypadkowo odkryłem. Nazwa ta dzisiaj już prawie nie funkcjonuje, ale jeszcze kilku mieszkańców Podlesia i Krzywej Wsi mi ją też potwierdziło. Dzisiaj nadal Kowale to część Podlesia, a zarazem Kamienia. Z rozmów z najstarszymi członkami naszej rodziny i sąsiadami jeszcze tam mieszkającymi okazało się, że pamiętają różne przekazy ustne o działalności tu na przełomie XIX i XX wieku kilku kuźni. Wiem już z całą pewnością, że poza kuźnią Ślusarzy była też u Zająców, u których jeden z członków tej rodziny służył w kawalerii i po powrocie z wojska też miał kuźnię, ale w niej tylko podkuwał gospodarskie konie, natomiast Ślusarze jako kowale zajmowali się wszystkim. Zabudowania gospodarskie i dom (kuźnia została już rozebrana) rodziny Ślusarzy istnieją do dnia dzisiejszego pod adresem Kamień Podlesie nr 4, były i są położone w pobliżu opisanego już wyżej skrzyżowania, na prawie całkowitym pustkowiu przy polnej drodze, mniej więcej w jej środku, pomiędzy gospodarstwem Zająców i Partyków, ale nieco poniżej nich (w oddaleniu ok. 400 m). Wojciech i Gertruda mieli też tu ok. 2,4 ha pola, które uprawiali na własne potrzeby. Ich syn Kazimierz Ślusarz z relacji sąsiada, Pana Józefa Szcząchora, zajmował się też stolarstwem i ponoć było to jego główne zajęcie oprócz kowalstwa i rolnictwa, a to teraz tłumaczy umiejętności stolarskie i kowalskie jego syna Piotra.

     Piotr Ślusarz miał smykałkę do mechaniki i majsterkowania, od ojca nauczył się kowalstwa i stolarstwa. Jego zdolności i umiejętności stolarskie ujawniły się, gdy samodzielnie zbudował istniejący do dzisiaj elegancki, delikatny kredens z lustrami i przeszklonymi drzwiczkami. Jednak teraz już wiemy z całą pewnością, że to jego ojciec Kazimierz tego go nauczył, z tym, że on sam więcej wolał pracować w kuźni, ponieważ bardziej lubił mechanikę. Po powrocie z Rusi (1944 r.), dokąd wcześniej razem z braćmi wyjechał w poszukiwaniu pracy, unowocześnił rodzinną kuźnię (udało się to dzięki temu, że w Górnie dokupił nowe wyposażenie z właśnie likwidowanej kuźni) i początkowo tu (w Kowalach) zajmował się kowalstwem i ślusarstwem. Jednak dom i kuźnia na Podlesiu/Kowale stał w znacznym oddaleniu od innych siedlisk, a ponadto były tam jeszcze inne kuźnie, w związku z czym Piotr nie miał wielu klientów. Trzeba też wiedzieć, że wtedy tam nie było prądu, który dociągnięto dopiero w latach 60. Być może jednak szykany władzy komunistycznej niesprzyjającej prywatnej działalności były decydującym czynnikiem przerwania własnej działalności? Trudno to teraz ustalić. W każdym razie zaczął pracować we wsi Kamień. Początkowo w kuźni u Klimka (być może był on krewnym chrzestnej Piotra?), a następnie w POM-ie (Państwowy Ośrodek Maszynowy) w Kamieniu, a przydomowa kuźnia była jego tylko dodatkowym zajęciem. W niej jako czeladnik terminował u niego Józef Sądej z Kamienia i syn Roman Ślusarz. Ja (wnuk) też w tej jego kuźni miałem różne doświadczenia i mały epizod, gdy pomagałem przy obsłudze miechów, a równocześnie przy okazji bawiłem się zakazaną, niebezpieczną, ale fajną (bo piękne iskry się sypały podczas szlifowania kawałka metalu) zabawą na kole szlifierskim. W rezultacie miałem wypadek i o mało co nie straciłem palca, za co później zaliczyłem niezłe lanie od dziadka zapamiętane aż do dzisiaj. To był mój taki naturalny „chrzest” zawodowy. Po latach, ucząc się w technikum, miałem praktyki w szkolnej kuźni, ona nie miała przede mną żadnych tajemnic i problemów, a praca w niej stanowiła dla mnie przyjemność i dużą satysfakcję. Z łatwością wykonałem wszystkie zlecone mi prace, pomimo braku bieżącej wprawy, wprawiając w zdumienie kolegów i nauczyciela.

     Wracając do historii dziadka, tak więc Piotr codziennie na rowerze lub piechotą ok. 6 km przez pola, w pogodę i słotę, przemierzał taką drogę do pracy. Dla niego nie było maszyny, której by nie umiał naprawić i robił to naprawdę dobrze, więc miał ręce pełne roboty. Reperował też różne narzędzia rolnicze, umiał np. zrobić lemiesze do pługa i inne narzędzia rolnicze, czy podkuć konia itd. Powszechnie się mówiło, że produkty i naprawy Piotra Ślusarza są najlepsze i najtrwalsze. Zachowała się podkowa, którą własnoręcznie wykonał i która jest dzisiaj u mnie cenną i sentymentalną pamiątką rodzinną. Nie była to łatwa i bezpieczna praca, szybko nabawił się astmy, która wyeliminowała go z życia zawodowego.

     Żona Piotra Ślusarza, Helena prowadziła ich gospodarstwo domowe i rolne. Między innymi uprawiała len, który potrafiła przerobić na włókna a te oddawała do zakładu tkackiego prowadzonego w Olszynie/Żabińcu przez córkę Ferenca, po mężu Story. Stamtąd otrzymywała płótno lniane, które latem sama lub z córką Krystyną bieliła poprzez wielokrotne moczenie w wodzie i suszenie na pełnym słońcu w lecie. Z bielonego szyła prześcieradła i sienniki (to takie ówczesne materace), a ze zwykłego worki na zboże i różne płody rolne dla siebie i na sprzedaż. Ze ścinków materiału i resztek nici lnu ww. zakład w Olszynie produkował kolorowe chodniczki, takie jak obecnie są do kupienia tylko w sklepach Cepelii lub w Ikea.


Ryszard Korab
Wnuk Piotra i Heleny Ślusarz
Fragment z historii rodziny Ślusarz mojego autorstwa

 
KIDA - EMIGRANCI Z KAMIENIA

     Pozdrawiam wszystkich Kidasów w Kamieniu. Badając przodków ze strony matki w Kamieniu, zapoznałam się z linią mojej babci.

     Była córką Wojciecha Kidy (1858-1929) i Marianny Sądej (1862-1939). Wojciech był potomkiem Sebastiana Kidy i Tekli Kozaków, mieszkających w kamieniu pod numerem 235. Wojciech i Marianna mieli dużą rodzinę, liczącą 12 dzieci, co nie było niczym niezwykłym w XIX wieku. Tymi dziećmi byli: Franciszka 1882-1972, Sebastianus 1883-1893, Jan 1885-?, Aniela 1887-1976, Anna 1889-1945, Katarzyna 1891-1976, Tekla 1893-?, Regina 1895-1911, Karolina 1897-2000, Julianna 1900-1900, Julianna 1901-2001 i Teofila 1904-?.

     Poniżej relacja dotycząca emigrantów Kida z Kamienia.

     Pierwszą piątką były siostry mojej babci ze strony matki, Anny Kidy. Reszta to inne Kidy, ale tylko z Kamienia. Ponieważ Kida to dość popularne nazwisko, Kidów było znacznie więcej z pobliskich wsi jak Steinau alias Nowy Kamień, Górno, Łowisko, Jeżowe, Łętownia, itd.

     Część emigrantów z Kida wyjechała do Europy Zachodniej głównie do pracy w kopalniach węgla kamiennego i do pracy w rolnictwie. Francja była częstym celem Polaków, ponieważ francuska polityka pracy zachęcała do imigracji z Europy Wschodniej. Ze względu na bliskość geograficzną Polski emigracja do Francji była tańsza i mniej uciążliwa niż przeprawa przez Atlantyk.

     Inni przepłynęli Atlantyk w drodze do Stanów Zjednoczonych. Zwykle myślimy o tym, jak opuszczają Kamień i swoje rodziny, aby nigdy więcej ich nie zobaczyć. Choć zdarzało się to często, zdarzało się, że wracali do Polski i z powrotem, nawet wielokrotnie, a czasem wracali do Kamienia na stałe. Podróżowali tylko w celach rodzinnych, a także aby uciec przed recesją gospodarczą w USA. Recesje te dotknęły imigrantów w nieproporcjonalnym stopniu, ponieważ zajmowane przez nich miejsca pracy były często tymczasowe, niepewne, ryzykowne fizycznie i wykonywane w branżach o charakterze cyklicznym, pozbawionych siatki bezpieczeństwa socjalnego. Dla tych, którzy udali się do USA, logistyka podróży powrotnych do Polski była z pewnością bardziej wyczerpująca niż obecnie, ale w tamtych czasach świadczenie usług pasażerskiego transportu oceanicznego dla milionów europejskich emigrantów było bardzo dochodowym biznesem. Stąd istniało dziesiątki statków świadczących te usługi, a konkurencja sprawiła, że ceny były stosunkowo przystępne w porównaniu do tych o skromnych środkach. Czytałem badania pokazujące, że po uwzględnieniu kosztów utrzymania oszczędności z około czterech do sześciu miesięcy wystarczyły na opłacenie przelotu transatlantyckiego z USA do Europy.

     Oprócz dobrowolnych emigrantów nie zapominajmy także o chaosie wywołanym II wojną światową, kiedy część Kidasów została zmuszona do emigracji z użyciem broni podczas niemieckiej okupacji.

     FRANCISZKA KIDA: Urodzona 18 lipca 1882 r., córka Wojciecha Kidy i Marianny Sądejów. Nie mogłem znaleźć żadnych zapisów wskazujących, kiedy pierwotnie wyemigrowała. Najwyraźniej amerykańskie władze ds. naturalizacji miały ten sam problem, ponieważ w Archiwach Narodowych USA istnieje akta dotyczące cudzoziemców dotyczące jej nazwiska, co wskazuje, że śledczy nie byli w stanie określić portu wjazdu na potrzeby naturalizacji. Nie znalazłem żadnej informacji, że przyznano jej obywatelstwo amerykańskie. Jednakże ci sami badacze naturalizacji z jakiegoś powodu wyznaczyli 30 marca 1905 r. jako datę pierwszego wjazdu kobiety do Stanów Zjednoczonych. Tak czy inaczej, to musi być nieprawda i musiała wyemigrować jakiś czas przed 1904 rokiem, ponieważ w archiwach stanu Massachusetts znajduje się zapis, że poślubiła Adama Piechowskiego 5 lipca 1904 roku w Holyoke. Ostatecznie mieli w sumie 11 dzieci urodzonych w latach 1907–1923, wszystkie w USA, z których dziewięcioro dożyło dorosłości. Franciszka przynajmniej raz podróżowała z USA do Polski i z powrotem, ponieważ figuruje na liście pasażerów statku SS KronprinzessinCecilie wypływającego z Bremy 18 marca 1913, przybywającego do Nowego Jorku na Ellis Island 26 marca 1913. Wpisana jest jako 31 lat, zawód Gospodyni domowa, umiejąca czytać i pisać, posiadająca ostatnie miejsce zamieszkania w Polsce u ojca Wojciecha Kidy w Kamieniu i posiadająca 25 dolarów w gotówce. Jej celem był stan Holyoke w Massachusetts, aby dołączyć do męża Adama. Towarzyszyła jej wówczas dwójka młodszych dzieci, w wieku 3 lat i 11 miesięcy. Wygląda na to, że jej wyjazd z USA do Polski miał na celu towarzyszenie najstarszemu synowi do Kamienia i z niewiadomych powodów pozostawienie go tam z babcią Marianną Sądej. Spędził z nią 9 lat, włączając w to cały okres I wojny światowej. Według jego tymczasowego wniosku o paszport amerykański, złożonego w Warszawie w 1922 r., mieszkał w Kamieniu u swojej babci od 1913 r., gdy miał 6 lat, aż do 1922 r. Jego paszport amerykański został wydany 18 września 1922 r. w Warszawie. Wrócił do Stanów Zjednoczonych opuszczając Rotterdam 7 lutego 1923, mając 16 lat, na pokładzie statku SS Volendam, który dotarł do Nowego Jorku 19 lutego 1923. Franciszka pracowała przez pewien czas w papierni, gdzie pracował także jej mąż i jedna córka. Zmarła 20 kwietnia 1972 w Holyoke w wieku 89 lat i została pochowana w SouthHadley w stanie Massachusetts.

 

Powyżej: Zdjęcie najstarszego syna Franciszki Kidy, lat 16, z paszportu wydanego w 1922 r. w Warszawie


     ANIELA KIDA: Urodzona w Kamieniu 19 marca 1887 r., córka Wojciecha Kidy i Marianny Sądejów. Wyszła za mąż za Michała Story w Kamieniu 6 lutego 1907 r. Mieli co najmniej pięcioro dzieci urodzonych w latach 1908, 1914, 1916, 1918 i 1920, wszystkie w Polsce. Aniela Story wyemigrowała samotnie przez Bremę w Niemczech 5 października 1909 na pokładzie statku SS Kaiser Wilhelm der Grosse. W liście pasażerów widnieje ona jako 23 lata, umiejąca czytać i pisać, zawód Gospodyni domowa, mąż Michał Story w Polsce, posiadająca 22,00 dolarów w gotówce, z biletem do miejsca docelowego w domu swojej „siostry Maryi Kołodziej” „mieszka pod adresem 758 AshlandAvenue w Chicago, stan Illinois. Sądząc po datach urodzenia jej dzieci, oznaczałoby to, że gdy Aniela wyemigrowała w 1909 r., pozostawiła roczne dziecko pod opieką męża Michała. Następnie Aniela musiała wrócić do Polski około 1913 roku, aby urodzić pozostałe dzieci. W Dzienniku Chicagoskim z 8 marca 1913 roku podano, że Aniela Story przekazała na rzecz nowego N.M.P. 5,00 dolarów. Anielskiej w Chicago. Dziś na Cmentarzu Komunalnym w Jarosławiu przy ul. Na Cmentarnej - Starym znajduje się tablica pochówku Anieli Story urodzonej 19 marca 1887 r., zm. 30 lipca 1976 r. Umieszczona jest w mauzoleum, w którym pochowana jest także Maria Janiec. Maria była najstarszą córką Anieli, urodzoną w 1908 roku, która wyszła za mąż za Andrzeja Jańca, mieszkającego w Surmaczówce w powiecie jarosławskim. Aniela zmarła w wieku 89 lat. Była przykładem kogoś z Kamienia, który wyemigrował do USA, mieszkał tam przez kilka lat, a potem wrócił do Kamienia na stałe.

 

Powyżej: Miejsce pochówku Anieli Kidy na Cmentarzu Komunalnym w Jarosławiu

 

     KATARZYNA KIDA: Urodzona 25 grudnia 1891 r. w kamieniu nr 235, córka Wojciecha Kidy (syna Sebastiana Kidy i Tekli Kozaka) i Marianny Sądej (córka Jakuba Sądeja i Reginy Partyki). Została ochrzczona 28 grudnia 1891 r., ojciec chrzestny Jan Delekta, matka chrzestna Marianna Oczkowska. Wyemigrowała przez Bremę, Niemcy 26 listopada 1910 r. na pokładzie statku SS Main, który przybył do Nowego Jorku na Ellis Island 11 grudnia 1910 r. W liście pasażerskim widnieje jako 20-letnia, potrafiąca czytać i pisać, zawód Służąca, posiadająca 12 dolarów. gotówką, wraz z biletem do miejsca docelowego w domu swojej siostry Anieli Story mieszkającej pod adresem 1543 WabansiaAvenue w Chicago, w stanie Illinois. W Chicago poznała i 15 listopada 1913 roku poślubiła Tomasza Czubata. Mieli co najmniej czworo dzieci. Tomasz zmarł 20 stycznia 1929 r. Katarzyna poślubiła wówczas Stanleya Ipczyńskiego 1 marca 1930 r. W amerykańskim spisie powszechnym z 1940 r. jej stan cywilny widnieje jako „Rozwiedziona”. Zmarła w lipcu 1976 roku w wieku 84 lat i została pochowana jako Katarzyna Czubat 27 lipca 1976 roku na cmentarzu św. Wojciecha w Niles na przedmieściach Chicago.

 

Powyżej: Zeskanowany obraz aktu urodzenia Katarzyny Kidy

 

     KAROLINA KIDA: Urodzona 15 października 1897 r. w kamieniu nr 235, córka Wojciecha Kidy i Marianny Sądejów. Została ochrzczona 19 października 1897 r., ojciec chrzestny Jakub Stasiak, matka chrzestna Marianna Oczkowska. Wyemigrowała przez Bremę 18 marca 1914 na pokładzie statku SS Kaiser Wilhelm der Grosse, docierając do New York Ellis Island 26 marca 1914. Na liście pasażerów statku widnieje jako Karolina, lat 17, zawód Służąca, umiejąca czytać i pisać, w posiadanie gotówki 25 dolarów, ostatnie miejsce zamieszkania Kamień, Galizia, ojciec Wojciech Kida. Jej celem był „wujek Jan Skomro” w Winthrop w stanie Maine. Również z Kamienia na tej samej liście pasażerów znalazły się Stefania Kudyla, lat 17 i Aniela Gocman, lat 17, które leciały w tym samym kierunku co Karolina. Wujek Jan Skomro był popularnym krewnym. W pewnym momencie przeprowadziła się z Maine do Massachusetts, gdzie poznała i poślubiła Józefa Kołodzieja. Mieli 3 dzieci. Karolina zmarła 20 września 2000 roku w wieku 102 lat. Została pochowana na cmentarzu MaterDolorosa w SouthHadley w stanie Massachusetts.

 

Powyżej: Karolina Kida, w Massachusetts, około 1960 r.

 

     JULIANNA KIDA: Urodzona 14 września 1901 r. w kamieniu nr 235, córka Wojciecha Kidy i Marianny Sądejów. Została ochrzczona 16 września 1901 r., ojciec chrzestny Wojciech Oczkowski, matka chrzestna Marianna Czubat. Wyszła za mąż za Stefana Gralińskiego. Mieli 10 dzieci. W spisie powszechnym Francji z 1936 r. figuruje jako mieszkająca w Gamaches en Vexin wraz z mężem, oboje pracownikami rolnymi, i czterema najstarszymi córkami, wszystkie urodzone we Francji w latach 1928, 1930, 1932 i 1933, w gospodarstwie Mme Wdowa Lemetais. Zatem Julianna najprawdopodobniej wyemigrowała z Kamienia jeszcze przed 1928 rokiem. Jednak w tym spisie figuruje jako „Gralenski-Kazmirzak, Veronica” urodzona w 1900 roku w Ruskuwie. We francuskim indeksie zgonów ubezpieczenia społecznego INSEE jej nazwisko widnieje jako Veronica Kazmirzka, data urodzenia 15 maja 1900 r. i miejsce urodzenia „Ruskkw, Pologne”. Była jeszcze jedna Julianna Kida, urodzona w 1900 r. w Kamieniu z tych samych rodziców, ale zmarła w wieku 6 miesięcy. Nie mam pojęcia, dlaczego ta Julianna zmieniła dane identyfikacyjne, ani nie wiem, czy zrobiła to przed, czy po emigracji do Francji. Julianna zmarła 17 stycznia 2001 roku w wieku 99 lat.

 

Powyżej: Julianna Kida we Francji około 1960 roku

 

     AGNIESZKA KIDA: ur. 12 stycznia 1897 w Kamieniu, nr domu 802, ojciec Józef Kida (syn Marcina Kidy i Agnieszki Bochenek) i Regina Watras (córka Michała Watrasa i Franciszki Majowicz), ochrzczona 16 stycznia 1897, ojciec chrzestny Wojciech Surdyka i matka chrzestna Kunegunda Wdowa po Delektie. Agnieszka wyemigrowała przez Antwerpię do Belgii na pokładzie statku SS Lapland 14 marca 1914 r., docierając do Nowego Jorku na Ellis Island 24 marca 1914 r. W rejestrze pasażerów wpisana jest jako 17-letnia, zawód Służąca, potrafiąca czytać i pisać, pozostawiając ojca Józefa Kidę w Kamień Galicja. Miała 29 dolarów w gotówce, a celem podróży był jej wujek Kazimierz Watras w North Franklin w stanie Connecticut. Na tej samej liście pasażerów z Kamienia znaleźli się także: Kazimierz Walicki 18, Paweł Ferencz 17, Julia Skomro 18, Marcin Rogala 34, Julia Rzeszutka 15, Józefa Stypa 18, Maryia Piela 18 i Wiktoria Tereba 18. Na liście znalazł się także Józef Drzelich 40 ze Steinau. W pewnym momencie przeniosła się do Framingham w stanie Massachusetts, gdzie pracowała w jednym z zakładów tekstylnych. Tam 24 października 1920 roku wyszła za mąż za Antoniego Golasza, z którym miała dwie córki. Później przenieśli się do Hartford Connecticut, gdzie według spisu powszechnego Stanów Zjednoczonych z 1930 r. mieszkali z dwiema córkami w wieku 7 i 4 lat. W spisie z 1940 r. Agnieszka figuruje jako woźna w firmie ubezpieczeniowej. Zmarła 5 listopada 1983 w Wethersfield w stanie Connecticut w wieku 86 lat. Została pochowana na cmentarzu Mount Saint Benedict w Bloomfield Connecticut. Na jej nagrobku błędnie wskazano datę urodzenia: 21 stycznia 1900 r.

 

Powyżej: Częściowa kopia listy pasażerów pokazująca przyjazd
Agnieszki Kidy i innych osób z Kamienia


     SALOMEA KIDA: ur. 5 stycznia 1892 r., dom nr 397 w Kamieniu, ojciec Marcin Kida (syn Tomasza Kidy i Marianny Stary), matka Zofia Walicka (córka Józefa Walickiego i Marianny Sieczkowskiej). Została ochrzczona 5 stycznia 1892 r. Ojcem chrzestnym Wojciecha Lichwiarza, matką chrzestną Marianny Piekut. Zobacz UWAGA dla jej siostry Marianny Kidy poniżej.

 

Powyżej: Zeskanowana kopia aktu urodzenia Salomei Kidy


     Wyemigrowała przez Liverpool do Anglii 15 czerwca 1906 r. na pokładzie statku SS Cedric, docierając do Nowego Jorku na Ellis Island 24 czerwca 1906 r. W liście pasażerów widnieje jako mająca 16 lat (w rzeczywistości miała 14 lat), zawód Służąca, potrafiąca czytać i napisz, ostatnie miejsce zamieszkania w Polsce Kamień, posiadający 1 dolara w gotówce, cel podróży kuzyn August Walicki w Collinsville, stan Connecticut. Na tej samej liście, także z Kamienia, znalazły się Marianna Sikora 17, Paulina Partyka 17, Franciszka Rurak 21, Franciszek Walicki 25, Jan Szewczyk 30 i Aniela Szewczyk 19.

 

Powyżej: Wpis na listę pasażerów Salomei Kidy i innych osób z Kamienia


     Poślubiła Franciszka Walickiego 13 stycznia 1913 w Southington, Connecticut. Co ciekawe, wyemigrował do Stanów Zjednoczonych na tym samym statku, co Salomea. Warto również zauważyć, że w spisie powszechnym Stanów Zjednoczonych z 1920 r. „Charley Bober” był lokatorem w domu Salomei. Prawdopodobnie był to Karol Bober, który poślubił Mariannę Kidę, opisaną poniżej siostrę Salomei. Salomea miała troje dzieci urodzonych w latach 1913, 1914 i 1932. Zmarła 2 października 1949 w New Britain w stanie Connecticut w wieku 57 lat. Została pochowana na cmentarzu Najświętszego Serca jako Salomeja Walicka. Na jej nagrobku błędnie wpisano rok urodzenia: 1896.

     MARIANNA KIDA: ur. 28 czerwca 1898 r. w kamieniu nr 397, ojciec Marcin Kida (syn Tomasza Kidy i Marii Starej), matka Zofia Winiarska (córka Józefa Winiarskiego i Marianny Puchalskiej). Została ochrzczona 7 marca 1898 r., ojciec chrzestny Sebastian Majka, matka chrzestna Rozalia Skomro. (UWAGA: ta Marianna Kida ma w akcie urodzenia nazwisko matki jako Winiarska. Całe pozostałe rodzeństwo, również urodzone w tym samym domu nr 397, ma nazwisko matki co Walicka.)

     Wyemigrowała przez Glasgow w Szkocji 4 maja 1912 r., docierając do Nowego Jorku Ellis Island 14 maja 1912 r. na pokładzie statku SS California. W liście pasażerów wpisana jest jako Marya, lat 16 (właściwie miała 14 lat), zawód Krajowa, umiejąca czytać i pisać, pozostawiająca matkę Zofię w Kamieniu, powiat Nisko. Jej celem była jej siostra Salomea Kida przy 72 GroveStreet w New Britain w stanie Connecticut. Na tej samej liście znaleźli się także jej ojciec Marcin Kida 47 i jej kuzynka Franciszka Maziarz 17 z Górna, wszyscy zmierzający w tym samym kierunku. Marcin i Marya posiadali wspólnie 40 dolarów w gotówce. Poinformował, że był w USA już wcześniej, przez rok, 10 lat wcześniej. Marcin i Marya zostali zatrzymani. Z jakiegoś powodu Marcinowi nie wpuszczono go do kraju i 17 maja 1912 roku został deportowany na pokład tego samego statku SS California w drodze powrotnej do Europy. Marya została przyjęta do Stanów Zjednoczonych 16 maja 1912 r. Poślubiła Karola Bobera 28 lipca 1920 r. w New Britain. Mieli jedno dziecko. Została naturalizowana jako obywatelka USA 6 kwietnia 1943 w Hartford w stanie Connecticut. Zmarła 27 maja 1981 w Ansonia Connecticut w wieku 82 lat. Została pochowana jako Mary Bober na cmentarzu SacredHeart w New Britain.

 

Powyżej: Zeskanowany odpis aktu urodzenia Marianny Kidy


     ALOJZY KIDA: Urodzony 10 maja 1877 w Kamieniu, ojciec Michał Kida, matka Marianna Ryś. Po raz pierwszy wyemigrował z Kamienia przez Bremę Niemcy 12 maja 1903 na pokładzie statku SS Kaiser Wilhelm II, który dotarł do Nowego Jorku Ellis Island 20 maja 1903. Według listy pasażerów miał 25 lat, zawód Robotnik, ostatnie miejsce zamieszkania Kamień, miejsce docelowe jego szwagier Jędrzej Wojtowicz przy 2 George Street, Adams, stan Massachusetts, przejazd opłacony przez szwagra, posiadający 2 dolary w gotówce. Ożenił się z Marią Pacyną 7 maja 1906 roku w Pittsfield w stanie Massachusetts. Oboje pracowali w zakładach tekstylnych. Ich pierwsze dziecko urodziło się i zostało ochrzczone w Pittsfield w 1907 r. W spisie miasta Pittsfield z 1908 r. „Alozy” Kida jest wpisany jako mieszkaniec. Alojzy z Marią i dzieckiem wrócili do Kamienia zapewne w 1909 r., gdyż w tym samym roku urodziło się im drugie dziecko i zostało ochrzczone w Kamieniu. (Chrzest pierwszego dziecka z 1907 r. jest kolejnym wpisem w księdze chrztów kamiennych z 1909 r.) W czerwcu 1913 r. urodziło się im trzecie dziecko, które zostało ochrzczone w Kamieniu. Alojzy przebywał w Kamieniu około czterech lat, po czym po raz drugi wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. W dniu 23 sierpnia 1913 r. wypłynął z Antwerpii w Belgii na pokładzie statku SS Lapland i przybył do Nowego Jorku na Ellis Island 2 września 1913 r. (I wojna światowa rozpoczęła się wkrótce potem, w lipcu 1914 r.). Na liście pasażerów widnieje wiek 35 lat. stary, zawód Robotnik rolny, krewna w ostatnim miejscu zamieszkania żona Marya Kida w Kamieniu Galicji, przejazdy opłacone przez siebie, posiadanie gotówki 25 dolarów, docelowy szwagier Józef Rovan, 237 Park Street Lewiston Massachusetts. Również z Kamienia na tym samym statku był Józef Saj, lat 34, zmierzający do tego samego miasta. 12 września 1918 roku Alojzy zgłosił się do poboru do armii amerykańskiej w Chicopee w stanie Massachusetts, podając swój zawód jako czyściciel opon w firmie FiskeRubber Company. (I wojna światowa zakończyła się wkrótce potem, w listopadzie 1918 r.) Swoją najbliższą krewną wyznaczył Marię Kidę w Galicji w Austrii. Po około 5 latach spędzonych w USA Alojzy musiał powrócić do Kamienia, gdyż w 1919 roku urodziło się tam jego czwarte dziecko. Alojzy zmarł na suchoty 7 sierpnia 1925 roku w Kamieniu w wieku 48 lat.

 

Powyżej: Zeskanowana kopia karty rejestracyjnej poboru wojskowego USA Alojzego Kidy. Podpisał się „Alozy”

 

     MICHAŁ KIDA: Urodzony 22 września 1910 r. w kamieniu nr 1060, syn Piotra Kidy (syna Michała Kidy i Marii Ryśów) i Reginy Szot (córki Izydora i Agnieszki Szotów). Ochrzczony został 24 września 1910 r., ojciec chrzestny Alojzy Kida (jego wujek opisany powyżej), matka chrzestna Maria Walicka. Wyemigrował mimowolnie. Z akt obozu koncentracyjnego w Dachau w Niemczech wynika, że został internowany 19 lipca 1940 r., niedługo po niemieckiej inwazji na Polskę, otrzymał numer więźniarski 13971, kategoria „Sch.Po”. co oznacza „SchutzhäftlingPolnisch” lub „Polak aresztu ochronnego”. Był to termin administracyjny używany do maskowania faktycznego pozbawienia wolności za pracę przymusową. 16 sierpnia 1940 został przeniesiony do obozu koncentracyjnego Mauthausen w Bawarii w Niemczech. Wielu więźniów Mauthausen było wykorzystywanych do dostarczania bardzo dochodowej niewolniczej siły roboczej w lokalnych kamieniołomach granitu, w zakładach amunicyjnych i montażowych samolotów itp. Prawdopodobnie był tam zmuszony do pracy do czasu wyzwolenia obozu i jego licznych podobozów przez Amerykanów sił zbrojnych w maju 1945 roku. Aby mieć pojęcie o tym, co przeżył Michał, warto przeczytać artykuł na Wikipedii https://en.wikipedia.org/wiki/Mauthausen_concentration_camp

 

Powyżej: Kopia rejestru wpisów do obozu koncentracyjnego w Dachau
dla Michała Kidy z Kamienia, nr domu 1060, zawód Szewc, powiat Nisko.


     Jakimś cudem Michał przeżył. W akcie urodzenia widnieje wzmianka, że zaledwie dwa lata później, 11 października 1947 r., poślubił Emilię Dalentę. W tym samym akcie znajduje się także wzmianka, że zmarł 28 sierpnia 1997 r. w Kamieniu w wieku 86 lat.

 

Powyżej: Zeskanowany odpis aktu urodzenia Michała Kidy

 

     Jeśli czytający to jacyś potomkowie Kidy są zainteresowani udostępnieniem większej ilości informacji genealogicznych, nie wahaj się ze mną skontaktować poprzez e-mail pod adresem: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

 

Prawa autorskie © 2024 Ryszard Pakula

 
Śluby Kamieńskie 1890-1942

     Badając historię rodzinną dla zaspokojenia własnej ciekawości lub jak to robią niektórzy - spisując skrzętnie dla potomnych „książki rodzinne” ze wspomnieniami i danymi o minionych faktach z życia przodków, którzy już odeszli, bądź jak zdesperowani rodzice, co kilka lat na potrzeby stworzenia drzewka genealogicznego dla dziecka, jako pracy domowej - musimy (prędzej czy później) zaglądnąć do Ksiąg Małżeństw lokalnej parafii, lub Urzędu Stanu Cywilnego, - które zwierają bardzo wiele przydatnych danych (czasami nawet jeden wpis potrafi dostarczyć odpowiedzi na wiele zagadek i tajemnic rodzinnych).

     Kamień ze względu na swoją historię posiada dość ograniczone zasoby metrykalne, a zapisy z lat 1826-1889 dostępne są wyłącznie w Archiwum Archidiecezji Przemyskiej. Oryginalne księgi z lat 1890-1946 zostały zabrane z parafii i zasiliły nowo utworzony Urząd Stanu Cywilnego PRL. Część ksiąg ze względu na przekroczenie odpowiednich zakresów dat trafiła stamtąd już do Archiwum Państwowego w Rzeszowie, gdzie zostały zeskanowane i opublikowane w Internecie, a pozostałe wciąż są dostępne w Urzędzie Gminy. Co ciekawe roczniki dla części Kamienia w parafii Jeżowe z lat 1890-1905 oraz 1909 w formie ekstraktów / kopii ksiąg (księgi urodzeń, małżeństw i zgonów dla miejscowości Cholewiana Góra, Jata, Jeżowe Kamień, Nowosielec, Sojkowa (Sójkowa), Zalesie, Steinau) z USC Jeżowe trafiły do Archiwum Państwowego w Sandomierzu.

     Dzięki zmianie przepisów o dostępie do materiałów archiwalnych oraz wparciu i przychylności dla badań genealogicznych p. Rafała Kozioł - Kierownika USC w Kamieniu mogłem wykonać skany ksiąg metrykalnych, które w głównej mierze zindeksowała (przepisała) p. Urszula Posłuszny - pasjonatka i badaczka naszej lokalnej historii, której artykuły ukazywały się w minionych latach na łamach tego czasopisma, a które to indeksy posłużyły do stworzenia listy „Kamieńskich Ślubów 1890-1942”. Należy w tym miejscu rozróżnić kilka części tabeli (dostępnej na stronie internetowej Towarzystwa http://www.tpkamien.pl/) zawierającej spis wszystkich małżeństw zawartych w Kamieniu w latach 1890-1942. Ze względu na specyfikę prowadzenia w parafiach Galicji ksiąg stanu cywilnego każda wieś powinna mieć prowadzoną osobną książkę metryczną, zdarzało się nawet, że każdy przysiółek posiadał takową. Skoro Kamień był podzielony między parafię Górnieńską i Jeżowską, mamy już dwie osobne pozycje, do tego dochodzi Steinau, które przed 1907 należało do Jeżowego, następnie zostało dołączone do utworzonej samodzielnej parafii Kamieńskiej a w 1924 przemianowane na Nowy Kamień. Mamy zatem 3 osobne księgi małżeństw do analizy, a należy pamiętać, że zwyczajowo ślub był przypisany do miejsca zamieszkania panny młodej.

     Indeksacja księgi metrykalnej polega na przepisaniu aktu stanu cywilnego (w naszej okolicy - czyli dawnej Galicji prowadzonej głównie po łacinie; natomiast w zależności od zaboru i daty spisania były to również rosyjski, niemiecki i polski) do specjalnego arkusza kalkulacyjnego, który następnie wysyłany jest do ogólnopolskiej bazy danych. Największą tego typu bazą jest Geneteka - Poskiego Towarzystwa Genealogicznego, w której można przeszukać i uzyskać dodatkowe informacje (w przypadku małżeństw: numer domu, dane rodziców państwa młodych, dokładna data i ich wiek w momencie zawarcia ślubu) dostępna pod adresem www.geneteka.genealodzy.pl gdzie należy wybrać województwo oraz parafię miejsca zdarzenia z uwzględnieniem ówczesnej przynależności (są dostępne zarówno Górno, Jeżowe jak i Kamień).


Skany wspomnianych wyżej ksiąg można przeglądać pod adresami internetowymi:

1. Księga małżeństw
- Kamień 1896-1906 (z par. Jeżowe) - indeksowała p. Urszula Posłuszny (263 wpisy)
Archiwum Państwowe w Rzeszowie
https://www.szukajwarchiwach.gov.pl/en/jednostka/-/jednostka/31459156

2. Księga małżeństw łączona
- Kamień 1890-1895 (z par. Jeżowe) - indeksował p. Krzysztof Bielak (83 wpisy)
- Kamień 1890-1907 (z par. Górno) - indeksował Tomasz Sączawa (272 wpisy)
- Kamień 1908-1942 (z par. Kamień) - indeksowała p. Urszula Posłuszny (1029 wpisów)
Urząd Stanu Cywilnego w Kamieniu (skany wykonał Tomasz Sączawa)
https://fotolubgens.lubgens.eu/index.php?/category/1009

3. Księga małżeństw
- Steinau 1907-1924 oraz Nowy Kamień 1924-1942 - indeksował Tomasz Sączawa (101 wpisów)
Urząd Stanu Cywilnego w Kamieniu (skany wykonał Tomasz Sączawa) https://fotolubgens.lubgens.eu/index.php?/category/1012

 

     Składam najserdeczniejsze podziękowania p. Urszuli Posłuszny za ogrom pracy i czasu włożonego w dzieło indeksacji ksiąg metrykalnych (również z innych parafii) i popularyzacji historii Kamienia. Dziękuję również p. Krzysztofowi Bielak, który jako pierwszy zaczął indeksację z ksiąg przekazanych do AP w Sandomierzu.

     W tym miejscu zapraszam wszystkich do przeglądnięcia tabeli, do której dane przygotowała i przekazała Pani Urszula Posłuszny (dostępnej na stronie internetowej Towarzystwa http://www.tpkamien.pl) z zapisem ponad tysiąca siedmiuset ślubów mieszkańców naszego Kamienia i odszukania swoich bezpośrednich przodków jak również zaglądnięcia do wspomnianych adresów internetowych, aby jeszcze bardziej zagłębić się w naszą Kamieńską genealogię rodzinną.

TABELA


Tomasz Sączawa

 
"SPRAWIEDLIWI WŚRÓD NARODÓW ŚWIATA" MARTA I WŁADYSŁAW MIAZGOWICZOWIE WE WSPOMNIENIACH CÓRKI KRYSTYNY MIAZGOWICZ-ŚLEZIŃSKIEJ

     MOI RODZICE

     Marta Miazgowicz z domu Wianecka

     Urodziła się 01. 12. 1917 r. w Żabnie gm. Radomyśl nad Sanem, jako córka Marianny z d. Gębala i Franciszka Wianeckich. Miała troje rodzeństwa: siostrę Annę i braci - Jana i Adama. Jej rodzice byli rolnikami, właścicielami dużego gospodarstwa wyposażonego w niezbędne na owe czasy maszyny i sprzęt. Przez pewien czas ojciec był wójtem, zwracał uwagę na wzajemną pomoc, sam dając jej przykład. Użyczał sąsiadom swoich maszyn, a oni pomagali mu w pracach polowych. Osiągane dochody były przeznaczane na rozwój gospodarstwa oraz kształcenie dzieci.

Marta Miagowicz z d. Wianecka

     Marta uczęszczała kolejno do szkół w Żabnie, Radomyślu i Rozwadowie, a następnie do gimnazjum w Nisku. Ukończyła je w roku 1937, zdając egzamin maturalny i uzyskując świadectwo dojrzałości.

     W Nisku poznała Władysława Miazgowicza, pracownika Urzędu Skarbowego i 29 lipca 1937 r. wyszła za niego za mąż. Ślub odbył się w kościele parafialnym w Radomyślu.

 

     Władysław Miazgowicz

     Urodził się 28. 06. 1911 r. w Kamieniu Prusinie, jako syn Walerii z d. Socha i Józefa Miazgowiczów. Miał pięcioro młodszego rodzeństwa: Marcina, Emilię, Stanisławę, Józefę i Eugeniusza oraz starszego przyrodniego brata Józefa. Rodzice byli rolnikami, a także właścicielami dobrze prosperującego sklepu. Dorastał więc we względnie zamożnej rodzinie, mając obowiązki typowe dla wiejskiego chłopca: w domu, gospodarstwie, a potem w szkole. Do roku 1918 Kamień znajdował się w zaborze austriackim i z tego okresu do końca życia Władysław wspominał tragiczne zdarzenie, którego był świadkiem jako czterolub pięcioletnie dziecko. Wydarzenie to związane było ze sklepem jego ojca, którego działanie bardzo nie podobało się handlującemu na tym terenie żydowskiemu sklepikarzowi. Chcąc doprowadzić do jego likwidacji, fałszywie oskarżył właściciela o jakieś przestępstwo i wraz z austriackim żandarmem przyszedł „wymierzyć sprawiedliwość”. Nie wiadomo, czy pobicie do nieprzytomności (na oczach żony i małego synka) właściciela sklepu było jedynym „zadośćuczynieniem” i czy pomogło oskarżycielowi zwiększyć dochody, ale sklep się ostał i potem w wolnej Polsce działał bez przeszkód. Jednak pobity skutki „wizyty” odczuwał do końca życia, a zmarł w 1940 roku w wieku 63 lat[1].

Władysław Miazgowicz

     Władysław naukę pobierał w wolnej już Polsce. Po skończeniu szkoły w Kamieniu uczęszczał do Gimnazjum w Nisku, w którym w roku 1931 zdał egzamin maturalny i uzyskał świadectwo dojrzałości. Po maturze odbył roczną czynną służbę wojskową w Szkole Podchorążych Rezerwy we Włodzimierzu Wołyńskim, którą ukończył w 1932 r. jako oficer rezerwy artylerzysta. Następnie rozpoczął studia na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie na wydziale prawa. Ze względów zdrowotnych przerwał je już po trzech latach i podjął pracę w Dziale Katastralnym w Urzędzie Skarbowym w Nisku. Tam poznał wspaniałą dziewczynę, uczennicę tego samego gimnazjum, do którego wcześniej uczęszczał - Martę Wianecką. W roku 1937, po zdaniu przez nią egzaminu maturalnego, 29 lipca młodzi zawarli związek małżeński.

Zdjęcie ślubne Marty i Władysława 29.07.1937 r.

 

     CZAS WOJNY

     Młode małżeństwo zamieszkało w Nisku. Mąż nadal pracował w Urzędzie Skarbowym, a żona ukończyła roczny kurs handlowy, zorganizowany w Nisku dla przyszłych pracowników powstającej Stalowej Woli. We wrześniu 1938 roku przyszło na świat ich pierwsze dziecko, córka Krystyna, czyli ja. W październiku radość z powiększenia rodziny została przytłumiona śmiercią Marianny Wianeckiej, mojej Babci. Rodzinne szczęście trwało rok i zostało przerwane przez wybuch II wojny światowej. Ojciec otrzymał kartę mobilizacyjną z w rozkazem stawienia się w Jarosławiu, gdzie stacjonował 24. Pułk Artyleryjski. Jego bateria była gotowa do wyjazdu na front 7 września i wtedy wszystko zostało zbombardowane; koszary i dworzec kolejowy, na którym stał pociąg z żołnierzami, końmi, armatami i całym sprzętem bojowym. Wagony zostały rozbite, a tory kolejowe uszkodzone. Pospiesznie gaszono pożary, opatrywano rannych i ewakuowano cały garnizon, gdyż wojska nieprzyjaciela zbliżały się do miasta. Ojciec został ranny w nogę, ale nie opuścił swojego pułku. Nocami (w dzień drogi były ostrzeliwane i obrzucane granatami z samolotów) wycofywano się na wschód do Tarnopola, gdzie organizowano obronę wraz z tamtejszym garnizonem. Po najeździe wojsk sowieckich 17 września Wojsko Polskie otrzymało rozkaz przekroczenia granicy i udania się do Rumunii lub na Węgry. Ale już 18. podczas marszu rozpoczął się ostrzał na tyłach wojska przez artylerię sowiecką. Wobec braku rozkazu walki i podpisania paktu o nieagresji Polacy się nie bronili i sądzili nawet, że otrzymali pomoc. Zrozumieli, co się stało, gdy rozpoczęło się rozbrajanie wojska, izolacja i natychmiastowa wywózka oficerów. Ojciec nie będąc w mundurze oficerskim (brakowało mundurów po bombardowaniu w Jarosławiu), z ranną nogą, został potraktowany jak „zwykły” żołnierz i po kilku dniach przetrzymywania bez jedzenia i picia zwolniony razem ze wszystkimi do domu. Przy pomocy dobrych ludzi, ze względu na stan rannej nogi (groziła mu amputacja), dotarł do Garnizonowej Izby Chorych w Brzeżanach, w której otrzymał pomoc i po 6 dniach został skierowany do dalszego leczenia w Jarosławiu. Nie skorzystał z tej kuracji (skutki odczuwał do końca życia), obawiał się bowiem o rodzinę. Gdy przekroczył linię demarkacyjną między Sowietami a Niemcami, ci ostatni natychmiast osadzili go w obozie jenieckim w Zamościu. Po przeszło miesiącu ze względu na znajomość języka niemieckiego został zwolniony z poleceniem stawienia się do pracy w Urzędzie Skarbowym w Nisku. Tak też uczynił. Niedługo po powrocie, w lutym 1940 r. umarł mu Ojciec - Józef (mój dziadek). Praca zmniejszała ryzyko aresztowania, ale go nie likwidowała. Już latem 1940 r. nastąpiły aresztowania i wywózka do Oświęcimia najbardziej znanych obywateli oraz wielu młodych, rówieśników moich Rodziców. W roku 1941 naczelnikiem Urzędu Skarbowego został Ukrainiec, który zwolnił Ojca z pracy. Sytuacja była więc groźna - bezrobotny, do tego inteligent, mógł zostać aresztowany w każdej chwili. Wtedy zadziałał Ojciec Mamy (a mój Dziadek). Franciszek Wianecki we wsi Żabno wynajął Rodzicom mały domek wiejski z usytuowaną na podwórku ubikacją oraz zabudowaniami gospodarczymi, a także aby mogli się wyżywić, dał do uprawy dwie morgi pola. Domek posiadał dwoje drzwi wejściowych: frontowe i gospodarcze od strony podwórka, z których korzystaliśmy. Stał na rozdrożu, w dość eksponowanym miejscu, bowiem w odległości ok. 10 m znajdował się sklep, w którym posiadacze kartek zaopatrywali się we wszystkie potrzebne dożycia artykuły i w którym bardzo często bywali Niemcy. Ogrodzenie było niskie, więc otoczenie obejścia było doskonale widoczne z zewnątrz. Jednocześnie dom był nieco odizolowany, gdyż od budynków sąsiadów oddzielało go z jednej strony pole, a z drugiej ogród, a z tyłu za zabudowaniami gospodarczymi, stodołą, stajnią i szopą również były pola. To miało swoje znaczenie. W tym domku mieszkaliśmy do 1945 r.

rodzina Miazgowiczów w Kamieniu sierpień 1939 r.

     Gdy przeprowadziliśmy się do Żabna, nie miałam jeszcze trzech lat, nie pamiętam więc początków naszego pobytu. Wiem tylko, że Ojciec cały czas się ukrywał, gdyż jego aresztowanie było ciągle bardzo możliwe. To, co teraz o przedstawię, wiem z relacji Rodziców. Żołnierze niemieccy nie tylko bywali w pobliskim sklepie, ale też przeprowadzali różne akcje, poszukując przede wszystkim młodych mężczyzn. Według słów Mamy wtedy w całej wsi panowała pełna lęku, grobowa cisza, niezakłócana nawet szczekaniem psów. W jednej z takich akcji złapano i Ojca. Prowadzono go przez całą wieś do punktu zbornego, gdzie w szeregu stało już wielu innych ludzi. Przez całą drogę szłam za Nim płacząc i głośno go wołając i ten płacz małego dziecka słychać było w całej wsi. Gdy tylko Ojciec stanął w szeregu, podeszłam do swojego tatusia, wzięłam go za rękę i przyprowadziłam do domu. Żołnierze w tym momencie odwrócili głowy. Reszta zatrzymanych została wywieziona do obozu w Treblince. Tego zdarzenia zupełnie nie pamiętam, ale późniejsze - tak. Na przykład wycelowane we mnie karabiny, gdy na widok idących przez podwórko żołnierzy niemieckich szukających Ojca, schowałam się pod stół w pokoju, a zwisający ze stołu obrus był podnoszony skierowanymi w moją stronę karabinami. Ale nie było to jakieś traumatyczne przeżycie, Ojca nie było w domu, wszystko dobrze się skończyło. Mieszkaliśmy na wsi, nie byliśmy więc nigdy głodni, ale życie było bardzo ciężkie. Całe nasze gospodarstwo to dwie morgi (ok. 1,2 ha) pola, koza, kilka królików i kur. W miarę swoich możliwości pomagał nam Dziadek, ale nie były one duże, rolnicy bowiem musieli oddawać okupantowi tzw. kontyngenty ze zboża, ziemniaków, bydła i świń. Zwierzęta były kolczykowane i nie było możliwości wykorzystywania ich we własnym gospodarstwie. A do życia potrzebna była nie tylko żywność, ale i artykuły przemysłowe, zwłaszcza dla dzieci, które nic sobie nie robiły z tego, że jest wojna i po prostu rosły. Pamiętam, jak nie mając już butów, chodziłam, a raczej człapałam w o wiele za dużych butach Mamy, chociaż one miały rozmiar tylko 35. Organizowano więc wyjazdy do Warszawy z „wygospodarowanymi” artykułami spożywczymi i po ich sprzedaży kupowano to, co było potrzebne. W taki sposób stałam się właścicielką upragnionych bucików. Takie „wycieczki” były jednak bardzo rzadkie i ogromnie ryzykowne, ponieważ w pociągach, a także w samej Warszawie Niemcy przeprowadzali rewizje i w razie wykrycia nielegalnego przecież handlu, dokonywali natychmiastowych rozstrzeliwań albo wywozili do obozu. W sytuacjach zagrożenia w zdecydowanej większości można było liczyć na pomoc zupełnie obcych ludzi. Ale nie zawsze, byli niestety i wśród Polaków pazerni zdrajcy. Na jednego z nich trafiła nasza Mama, która wraz ze swoją kuzynką wiozła żywność do Warszawy, tym samym pociągiem, którym jechali na front niemieccy żołnierze. W pewnym momencie podszedł do nich polski kolejarz, chyba kierownik pociągu, który oświadczył, iż wie, że one „jadą na handel” i zażądał oddania „towaru”, w razie odmowy grożąc wydaniem ich niemieckim żandarmom na najbliższej stacji. Chwalił się przy tym, że dzień wcześniej podczas ulicznej łapanki o schronienie w jego domu prosiła kobieta mająca bańkę śmietany, a on, ponieważ nie chciała jej oddać - wydał ją w ręce Niemców. Nie było żartów i nie było chwili do stracenia. Mama, znając język niemiecki, natychmiast poszukała niemieckiego oficera odpowiedzialnego za wojsko, powiedziała, że jest żoną żołnierza, że powodem jej wyjazdu jest zaopatrzenie małego dziecka i przedstawiła sytuację, w jakiej wraz z kuzynką się znalazły. Był oburzony i wziął je pod swoją opiekę. Na stacji, gdy pociąg zwalniał, dał znak do dalszej jazdy uniemożliwiając wejście kontroli. Na pożegnanie otrzymały ciepłe skarpetki i kilka innych drobiazgów. Taka postawa wśród Niemców zdarzała się bardzo rzadko, ale miała miejsce i trzeba ją odnotować. Rzadko zdarzała się jednak również tak negatywna postawa wśród Polaków, jak tego pracownika kolei, kiedy nie miały znaczenia narodowość i pochodzenie ofiar, liczył się tylko zysk. A może także satysfakcja z poczucia władzy? Nie wiem.

Więcej…
 
« PoczątekPoprzednia12345678910NastępnaOstatnie »

Strona 1 z 22

Kto jest online


     Naszą witrynę przegląda teraz 17 gości 

Wsparcie działalności

 

Towarzystwo  Przyjaciół   Kamienia

 jest organizacją pożytku publicznego.

Można przekazać 1,5 % podatku

 W zeznaniu podatkowym należy wpisać:   KRS - 000 0037454

i deklarowaną kwotę podatku.

 

Wypełnij PIT on-line i przekaż 1.5% dla Towarzystwa Przyjaciół Kamienia

Copyright ? 2010 Towarzystwo Przyjaciół Kamienia. Design KrS, Valid XHTML, CSS