czwartek, 15 kwietnia 2021r.
Home Wspomnienia
Wspomnienia
Poczta w Kamieniu - historia Urzędu Poczty, Telegrafu i Telefonu w naszej wsi

     Pierwsze informacje prasowe o „Poczcie” w Kamieniu znalazła i udostępniła Ewa Krzyżek, członkini Towarzystwa Ziemi Niżańskiej, współpracująca z Towarzystwem Przyjaciół Kamienia i sięgają one początku XX wieku. W „Gazecie Narodowej” z 1904 roku znajduje się zdanie: „Stacja telegrafu została otwarta 15 bm. przy urzędzie pocztowym w Kamieniu powiat Nisko”. W tym samym roku „Dziennik Polski” informuje: „Nową stację telegrafu z dniem 15 bm. otwarto w Kamieniu (powiat Nisko) przy istniejącym tam urzędzie pocztowym, stacja telegrafu z ograniczoną służbą dzienną”. Wcześniej najbliższa placówka pocztowa mieściła się od ok. 1860 roku w Sokołowie Małopolskim.

     Pomagając Andrzejowi Rurakowi zbierać w latach 1984-1985 materiały do jego książki o historii Kamienia „Kamień w przeszłości i dziś” korzystałem z kroniki, jaką prowadzili pracownicy urzędu pocztowego w Kamieniu. Niestety, obecnie korzystać mogę jedynie z odpisów, bo kronika ta zaginęła.

     Pierwszy Urząd Pocztowy znajdował się w Prusinie, zajmował izbę w domu prywatnym, w którym mieszkał Walenty Gancarz z rodziną. Następnie funkcjonował do 1934 roku w nieistniejącym już tzw. budynku gminnym, kiedy to po włamaniu dokonanym w nocy z 14 na 15 lutego tego roku, przeniesiono go do domu prywatnego Jana Mędrali, a w 1938 roku do murowanego budynku należącego do Józefa Majki, gdzie w sąsiedztwie apteki istniał przez 46 lat.

Budynek Józefa Majki, w którym mieściły się biura poczty

     Na potrzeby posiadania własnego budynku, dostosowanego do potrzeb nowoczesnych już usług pocztowych i telekomunikacyjnych, zapewniającego mieszkańcom komfort korzystania z nich, władze gminy zabezpieczyły w planach i przekazały bezpłatnie teren pod jego budowę. W 1984 roku placówka poczty w Kamieniu przeprowadziła się do nowo wybudowanego dla niej budynku, w którym funkcjonuje do dziś.

     W historii naszej wsi zapisali się pierwsi naczelnicy i kierownicy Urzędu Pocztowego, który na przestrzeni lat nosił różne nazwy. Z zachowanych informacji wiemy, że w 1931 roku naczelnikiem urzędu, zwanego wtedy Agencją Pocztową, była Helena Stępniewska, potem od 1932 roku Stanisława Legocka, następnie do maja 1945 roku Maria Wawrzyniecka z domu Siessówna. Po niej zarządzanie placówką, aż do 1962 roku, przejęła Helena Legutko. Wtedy zatrudnieni tam byli również Stanisława Piela i Piotr Bednarz.

     W Urzędzie Pocztowym w Kamieniu odbywały się także praktyki zawodowe, po ich ukończeniu kandydaci na agentów pocztowych zdawali egzamin w Rzeszowie. Kronika pocztowa z Kamienia podawała, że od 15 sierpnia 1945 roku praktykowały: Janina Rurak z Kamienia (została skierowana do pracy jako kierowniczka poczty w Radzichowej), Salomea Gutowska z Kamienia (skierowana do pracy w Kozach, powiat Oświęcimski), Anna Piróg z Cholewianej Góry i zdały one egzaminy na agentów 25 marca 1946 roku. Od dnia 1 października 1946 rozstały przyjęte na praktykę na agentów Wiktoria Półchłopek, Cecylia Delekta i Janina Agrasińska.

     W okresie po II Wojnie Światowej w urzędzie pocztowym oprócz naczelnika zatrudnieni byli kasjerki i listonosze. Na przestrzeni lat jako listonosze w Kamieniu pracowali: Paweł Walicki, Jan Grabiec, Marcin Kozak, Antoni Bałut, Władysław Saj i Józef Czerepak (pracował także na terenie Jeżowego).

     Od 1928 roku nowa nazwa urzędu pocztowego w Polsce to „Poczta, Telegraf i Telefon”, a od 1991 roku firma podzielona na dwie niezależne instytucje funkcjonuje pod nazwą „Poczta Polska” i „Telekomunikacja Polska”.

     Z informacji zawartych w zaginionej kronice Urzędu Pocztowego w Kamieniu wynika, że do wybuchu I Wojny Światowej w 1914 roku pocztę adresowaną do naszej wsi przywożono z Sokołowa Małopolskiego i tam zawożono listy i paczki złożone w placówce w Kamieniu. Przesyłki te przewozili odpłatnie wynajmowani miejscowi rolnicy, którzy posiadali furmanki konne, nazywano ich „pocztylionarzami”. Potem takim punktem przekazowym był Rudnik - stąd nazwa naszego urzędu pocztowego - „Kamień koło Rudnika nad Sanem”, a później Nisko. W latach 1930-1933 przesyłki pocztowe z Rudnika przewozili co drugi dzień furmankami konnymi Walenty Krawczyk i bracia Władysław i Stanisław Krawczyk; warto wspomnieć, że w Rudniku w tym czasie pracował mieszkaniec Kamienia Piotr Czerepak, który po odbytych aplikacjach w Rzeszowie podjął prace na poczcie w Rudniku W czasie okupacji niemieckiej i pierwszych latach po wojnie przesyłki z Niska transportowali furmankami konnymi Jan Lis i mój ojciec, Julian Czubat z Górki. Ze wspomnień Tadeusza Krawczyka spisanych w książce „Moje życie” wynika, że woźnice byli uzbrojeni i konwojowani przez policję z Jeżowego, jadąc przez las „rudnicki”. Wozacy ci pełnili także ważną funkcję, przewożąc nie tylko przesyłki pocztowe, ale przy okazji także inne, powierzone im towary, produkty żywnościowe, np. dla dzieci uczących się w mieście, przewozili mieszkańców, którzy musieli załatwić w mieście urzędową lub sądową sprawę czy odbyć wizytę lekarską, a w czasie okupacji nielegalne materiały dla ruchu oporu zza Sanu. Przy braku innych środków transportu byli oni jedyną dostępną możliwością dojazdu. Mój ojciec nazywał osoby korzystające z jego furmanki „pasisierami”. Od lat 60. XX wieku przesyłki transportowane były PKS-em czyli autobusem Polskiej Komunikacji Samochodowej, który kursował na trasie Rzeszów - Stalowa Wola. Część pojazdu wydzielona była tylko do przewozu poczty, konwojował ją pracownik pocztowy Piotr Bednarz z Krzywej Wsi. Potem już poczta przyjeżdżała do Kamienia tak, jak dziś, z Rzeszowa, firmowym samochodem Poczty Polskiej.

     Początkowo było tylko kilka numerów telefonicznych w gminie, z biegiem czasu liczba ich się zwiększała .W latach 1960-1970 była centralka telefoniczna z 50 numerami telefonów, następnie wymieniono ją na 100-numerową.

     Z placówki pocztowej mogły być wykonywane połączenia krajowe i zagraniczne. Helena Potańska, pracująca w tym czasie przy obsłudze centrali telefonicznej wspomina, że na połączenie do Stanów Zjednoczonych musiało się czekać nawet kilka dni, nie wiedząc nawet w przybliżeniu, kiedy ono nastąpi. Lokalną linię telefoniczno-radiową montowali i konserwowali: Józef Błąd, Józef Bochenek, Mieczysław Sudoł, Jan Kutyła, Jan Oczkowski, Stanisław Cyran i długoletni pracownik pocztowy Józef Krzyś. Całodobowo obsługiwali centrale telefoniczne: Maria Mędrala, Wanda Koper, Maria Tupaj, Helena Potańska, Stefania Janiec, Genowefa Kopacz i Czesława Miazga, Jan Kutyła.

Józef Bład montuje instalacje telefoniczną

     Przy Urzędzie Pocztowym w latach 1960-1974 działał „Radiowęzeł Gminy Kamień”, którego głównym zadaniem było retransmitowanie krajowych programów radiowych i emitowanie lokalnych komunikatów, ale też mógł nadawać własne, autorskie audycje. Za opłatą montowane były w domach odbiorniki radiowe, wykorzystujące istniejącą sieć kabli telefonicznych. Instalowano je na ścianie, wiszące na stałe. Audycje własne to koncerty miejscowych zespołów muzycznych, szczególnie słynnych wtedy „Cebulów”, zapowiadane przez Edwarda Olko.

Naczelniczka poczty Helena Legutko

     Po odejściu Heleny Legutko, po 17 latach pracy na stanowisku kierownika poczty w Kamieniu, jej obowiązki przejął w 1962 roku Władysław Czerepak, który pracował wcześniej w Urzędzie Pocztowym w Chmielowie, a po nim Helena Michnar, która zmarła nagle w 1981 r. W latach 1981-1988 Anna Kata, pracująca wcześniej w Urzędzie Pocztowym w Rzeszowie i Sokołowie pełniła funkcję naczelnika Urzędu Pocztowego w Kamieniu. W tym okresie pracowały tam również Maria Grabiec-Ćwikła, Helena Bałut i Helena Ścibior. We wrześniu 1988 roku na stanowisko naczelnika powołano Zofię Gutowską. Pozostali pracownicy w tym okresie to Krystyna Kozioł, wspomniani wcześniej listonosze oraz Tadeusz Haber, Edward Kata, Edward Woś, Marek Potański, Mieczysław Szczygieł, Zdzisław Bzduń, Niemiec z Podlesia oraz serwisujący i obsługujący centralę telefoniczną Józef Krzyś. W roku 1999 Zofia Gutowska przeszła na emerytuję, a stanowisko naczelnika urzędu w Kamieniu objęła Bożena Kucaba. Nadal pracowała tam Krystyna Kozioł oraz listonosze: Tadeusz Orszak, Kozara Eugeniusz, Kozara Edward, Tadeusz Wąsik.

     Aktualna nazwa poczty to: Urząd Pocztowy w Kamieniu koło Rudnika nad Sanem. Naczelnikiem Urzędu Pocztowego jest Leszek Krasnodębski, na stanowisku asystenta pracuje Bożena Kucaba, listonosze: Tadeusz Orszak, Henryk Sądej i Mariusz Węglarz.

Budynek poczty w Kamieniu

 

     Historię Poczty Polskiej i Telekomunikacji Polskiej w Kamieniu kończę na dniu 31 grudnia 2020 roku, dziękując jej byłym pracownikom za służbę i życząc obecnym sukcesów zawodowych dla dobra mieszkańców wszystkich wsi naszej gminy.

 

Bibliografia:
1. „Gazeta Narodowa”, wydanie z 1904 roku, nr 51, strona 2,
2. „Dziennik Polski”, wydanie z 1904 roku, nr 104, strona 51,
3. odpis z Kroniki Urzędu Pocztowego w Kamieniu, lata 1984-1985,
4. Tadeusz Krawczyk „Moje życie”, Rzeszów, 2020 rok.
5. Magdalena Bukowska-Zając - informacje i zdjęcia
6. Zofia Gutowska - informacje
7. Helena Potańska
8. Maria Tupaj
9. Teresa Czerepak
10. Tadeusz Orszak
11. Zdjęcie budynku poczty - Irena Maj Surdyka

Kamień, 2021-03-28

Opracował Józef Czubat

 
"Mazury spod Kamienia"

"Mazury spod Kamienia"

 

Loading ...

 

     Artykuł pod tytułem „Mazury z pod Kamienia” autorstwa W. Bogumiły Cichockiej został opublikowany w Wydawnictwie "Wisła - Miesięczniku Geograficznym i Etnograficznym" w XV tomie w 1901 r. na stronach 411-423.

 

     Publikację udostępnił dla Towarzystwa Przyjaciół Kamienia mgr Grzegorz Boguń.


Kamień, 26.11.2020 r.

 

 

 
Wspomnienia Pana Wojciecha Szcząchora

     Tak zapamiętał i opisał swoje przeżycia związane z pobytem i przymusowymi robotami w Niemczech Szcząchor Wojciech urodzony 5 sierpnia 1920 r. w Kamieniu, powiat Nisko, województwo Lwowskie.

     Dnia 21.05.1940 r. wracając w nocy z zabawy zostałem zatrzymany przez patrol niemiecki około godziny 20 i wywieziony rano do Rzeszowa. W punkcie zbornym w Kamieniu było nas około 25 ludzi, byli mężczyźni i kobiety młode. Imion i nazwisk nie mogę podać obecnych ze mną w Kamieniu w areszcie, ponieważ było ciemno. Rano załadowano nas na samochód i wywieziono do Rzeszowa do koszar Kilińskiego.

     22.05.1940r. wywieziono nas samochodami do Krakowa na ul. [~Wąska - nieczytelnie] do bloku szkolnego. Odjazd z Krakowa 25.05.1940 r. załadowali nas do wagonów osobowych, każdy dostał pół chleba, pół kostki masła. Jechaliśmy do Ludwigsburga. Tam było gazowanie ubrań, strzyżenie i mycie. W Ludwigsburgu zostaliśmy rozdzieleni i rozwiezieni po całych Niemczech. Nadmieniam, że w tym transporcie było około 1000 ludzi, byli młodzi i starzy.

     Ze mną w wagonie, w którym jechałem nie spotkałem nikogo znajomego z mojej wioski. Dopiero w Stuttgarcie na sali kinowej byliśmy dowiezieni i czekali na bauerów. Tam spotkałem dziewczynę z mojej wioski Kamień, na imię miała Kata Maria oraz chłopca z Korczowisk, imię Łach Józef. Oni pracowali obok Stuttgartu w Meglingen.

     W Stuttgart wylosował mnie bauer zamieszkały Stuttgart – Möhringen, Plieninger Str. 10. Gospodarstwo nie było duże: 12 ha, 12 krów i 1 koń. Gospodarze starsi ludzie ponad 60 lat, bezdzietni mieli na wychowaniu kuzynkę 17 lat. Było nas 4 osoby. Pracowałem w jednym miejscu ponad 5 lat. Wynagrodzenie na początku otrzymywałem 21 marki w roku 1942., otrzymywałem 25 marek w roku 1945.

     17. marca [rok nieokreślony] bauer zmarł, on był inwalidą wojennym z pierwszej wojny na froncie francuskim.

     W miejscowości Möhringen, gdzie pracowałem było zatrudnionych u bauerów 42 Polaków, 10 Ukraińców i około 500 Rosjan, którzy pracowali w fabryce wojskowej [Hansa Aluminium Werk] i fabryce mydła.

     Polacy, którzy pracowali to byli od Rzeszowa, Leżajska, Jarosławia, od Nowego Sącza, Limanowej, Nowego Targu. Polacy u bauerów byli traktowani różnie. Polacy z okręgu rzeszowskiego byli traktowani można powiedzieć lepiej niż górale, oni mieli dużo „roboty w rękach” Myśmy wszyscy przechodzili próbę, były podrzucane pieniądze w niedużych kwotach w obejściu gospodarstwa, kto znalazł i nie oświadczył, że znalazł i nie oddał to był podejrzany i miał mniej wolnego czasu.

     Były trzy przypadki co uciekli Polacy od bauera. Nie mieliśmy żadnej wiadomości co się z nimi stało, czy zostali schwytani, czy też nie.

     Czas pracy rozpoczynał się w lecie od godziny 5-tej rano do godziny 18-tej, w tym czasie był 5 razy posiłek. Zakwaterowanie miałem dobre, pościel co tydzień świeża, ubranie robocze było wyprane.

     W każdą pierwszą niedzielę miesiąca były w kościołach katolickich odprawiane msze święte tylko dla Polaków: o godzinie 8 w Faigen, o godzinie 10 w Degerloch, o godzinie 12 w Pleningen. Tramwajem można było dojechać. Można było być we wszystkich trzech.

     Wydarzenia, które chcę opisać, które przeżyłem nie były wesołe. W 1941 roku koleżanka z drugiej wioski Faigen Kaltentall wyjechała na urlop do Polski na Święta Bożego Narodzenia.

Więcej…
 
Wspomnienia Pana Kazimierza Batoga

     Urodziłem się 6 lutego 1932 r. w Łowisku, obecnie mieszkam w Kamieniu.


     Moje pierwsze wspomnienia dotyczące wojny wiążą się z panującą atmosferą na kilka dni przed jej wybuchem. Pamiętam, jak mój ojciec rozmawiał ze swoimi sąsiadami o sytuacji ówcześnie panującej w kraju i możliwym konflikcie z Niemcami. Nastroje były dość mocno zróżnicowane, od skrajnie optymistycznych np. „nie oddamy guzika od munduru” do mocno pesymistycznych. Mój ojciec podzielał opinie tych drugich. Jako były żołnierz armii austrowęgierskiej podczas I wojny światowej wiedział, czym jest wojna i co ona ze sobą niesie.

     Sam dzień 1 września 1939 roku pamiętam bardzo dobrze. Był to piątek, dzień był słoneczny i gorący. Ja, jako 7 letni chłopak, przebywałem z rodzeństwem w domu. Informacja o ataku Niemiec na Polskę dotarła do nas od jednego z sąsiadów posiadających radio. Od wybuchu wojny do jej końca panował wśród ludzi ogromny strach o własne życie. Pamiętam, jak przez Łowisko przetaczała się ogromna kolumna uciekinierów kierująca się za San. Przypominam sobie, jak ojciec mówił, że opór na Sanie nie będzie miał wielkiego znaczenia, gdyż poziom rzeki w pewnych miejscach był bardzo niski i woda sięgała maksymalnie do kolan. Mieszkałem tuż przy samej drodze, obok starej szkoły i mogłem obserwować tych uciekinierów. Jeden z nich przyszedł do nas do domu w celu odpoczynku, ponieważ był już starszym mężczyzną. Jak dobrze pamiętam, mówił, że ma 70 lat i jest z okolic Żywca. Mój ojciec kazał mu wracać do domu i prawdopodobnie zawrócił lecz dalsze jego losy były dla nas nieznane. Do dzisiaj widzę, jak przez Łowisko przechodzili polscy żołnierze. Było ich kilku, prawdopodobnie piechota i mieli ze sobą kuchnię polową, kierowali się w stronę Leżajska. Pierwszy raz niemieckich żołnierzy widziałem około połowy września. Było ich kilkudziesięciu i mieli ze sobą ogromną armatę ciągniętą prawdopodobnie przez osiem koni. Widziałem, jak przejechali z nią przez Łowisko i udali się w stronę Woli Zarczyckiej, lecz po jakimś czasie zawrócili i pojechali w nieznanym kierunku. Jeśli chodzi o Wehrmacht oni nic nie mówili mieszkańcom Łowiska, gorzej wyglądała sytuacja z Gestapo, oni w 1942 r. rozstrzelali pięciu mieszkańców.

     Już w czasie okupacji, to pamiętam, że Niemcy wysiedlili rodziny żydowskie mieszkające w Łowisku, a było ich 4, z czego przeżyła 1 dzięki pomocy Polaków. W Sokołowie Małopolskim funkcjonowało getto przejściowe i w to miejsce Niemcy zabierali miejscowych Żydów i przewozili dalej, możliwe, że do obozów koncentracyjnych.

     Niemcy wywozili Polaków na roboty przymusowe do Niemiec. Około 20 mieszkańców Łowiska wyjechało na nie, w tym mój najstarszy brat Józef i starsza siostra Zofia. Mojego brata wywieziono do Austrii i pracował w winnicy w miejscowości Bad Vöslau nieopodal Wiednia. Z listów, które pisał do domu, wiem, że był dobrze traktowany i pracował wraz z innymi Polakami. Z jednego z ostatnich listów od niego dowiedzieliśmy się, że w 1945 r. baor, nie chcąc ewakuować się, został rozstrzelany przez Gestapo, a mój brat został w winnicy sam, gdyż reszta robotników uciekła. Gdy wkroczyły oddziały Armii Czerwonej na tamte tereny, mój brat pilnował, by winnica nie została rozkradziona. Po wojnie, jak wspominał brat w liście, żona baora bardzo dobrze go traktowała. Mój brat umarł w listopadzie 1946 r. na serce, ponieważ od dziecka miał je chore. O śmierci dowiedzieliśmy się w liście od żony baora. Szukałem grobu brata. Na początku 2000 r. zwróciłem się z tą sprawą do Polskiego Czerwonego Krzyż i dostałem odpowiedź, gdzie jest jego grób w 2002 r. W 2016 r., w 70 rocznicę śmierci wybrałem się do Austrii i mogłem po raz pierwszy w życiu stanąć przy jego grobie. Brata widziałem po raz ostatni 12 stycznia 1942 r. Moja siostra Zofia była na robotach w dzisiejszych Czechach i wróciła do domu zaraz po zakończeniu wojny. Mieszkańcy Łowiska w czasie trwania wojny podejmowali pracę w gospodarstwie baora Arnolda, jak również u ogrodnika w Górnie czy leśniczego Hackera. Czasy były ciężkie i każdy chciał choć trochę zarobić pieniędzy, by móc żyć.

     Ważnych wydarzeniem w Łowisku, które miało miejsce 5 czerwca 1942 r. było rozstrzelanie 5 mieszkańców, ponieważ nie wstawili się do pracy w Boże Ciało. Pamiętam to wydarzenie dobrze, jak gestapowcy zabrali tych 5 młodych chłopaków do lasu i rozstrzelali. Jak mówił mój ojciec podobno we wsi ludzie mówili, że gdyby Niemcy nie znaleźli tych 5 zakładników, to rozstrzelaliby przypadkowe osoby złapane na ulicy. Prawo, które obowiązywało, było proste, a polegało na tym, że jeśli Polak nie wykonał tego, co kazał mu Niemiec, podlegał karze śmierci.

     Na terenie Łowiska Niemcy podjęli się kilku inwestycji. Jedną z nich było wybudowanie torów kolejowych łączących Górno ze stacją kolejową w Łętowni pod nadzorem firmy Krauze. Inną inwestycją było wybudowanie mostu na rzeczce w Łowisku nieopodal mojego rodzinnego domu, lecz tej budowy nie dokończyli i to co wybudowali, zniszczyli przed wkraczającymi Rosjanami. Prace przy moście nadzorowała firma Lollke. Podczas wojny wysiedlono kilka polskich rodzin w związku z poligonem Luftwaffe i prowadzonymi przez nich ćwiczeniami. W czasie okupacji możliwe było uczęszczanie do kościoła, z małym wyjątkiem od zimy w 1943 r. do początku roku 1944 r., na Wielkanoc kościół był już otwarty. Szkolnictwo w tamtym okresie wyglądało tak, że uczęszczaliśmy do drewnianej szkoły i mieliśmy lekcje języka polskiego, rachunków, śpiewu głównie pieśni religijne i organizowano robótki ręczne.

     W Łowisku funkcjonował oddział Armii Krajowej pod dowództwem plutonowego (taki stopień miał w czasie kampanii wrześniowej) Józefa Kidy ps. „Ciepły”. Mieszkańcy Łowiska byli nastawieni do Armii Krajowej neutralnie, gdyż bali się kar ze strony okupanta a akowcy realizowali swoje zadania. O tych zadaniach niewiele wiem, ponieważ ludzie nie chcieli mówić zbyt wiele, a mnie jako dziecku nie mówiono o takich rzeczach. Pamiętam natomiast jak wóz radiolokacyjny jechał przez Łowisko w celu wykrycia radiostacji AK działającej we wsi. Na całe szczęście radio zostało wyłączone w odpowiednim momencie i Niemcy nic nie wykryli. Informacje o tym, co się dzieje w kraju, docierały z tajnej gazety redagowanej przez AK tzw. „Bibuły”, lecz były one bardzo szczątkowe, a kara za jej posiadanie była surowa.

     Dokładnej daty wkroczenia Rosjan do Łowiska nie pamiętam, ale mogło to być po 20 lipca 1944 r. Przebywałem wtedy w polu razem z moim ojcem i on powiedział, że widzi kierujących się w stronę wsi żołnierzy. Gdy wróciliśmy do domu, we wsi byli już Rosjanie. Byli słabo ubrani, ich mundury były brudne a twarze spieczone od słońca. Oddział ten stacjonował trzy dni w Łowisku i przez trzy dni trwało bombardowanie niemieckiego lotnictwa. Po trzech dniach w nocy do Łowiska wjechały czołgi radzieckie, pamiętam, że cały dom trząsł się od ich hałasu. Pod koniec lipca do Łowiska wkroczyła druga linia wojsk radzieckich. W moim domu stacjonował pułkownik radziecki a po sąsiedzku w szkole mieścił się jego sztab. Pamiętam, że pułkownik był wysoki w wieku około 40 lat i pochodził z Moskwy. Czasami opowiadał mojemu ojcu o swoich dzieciach, ale nigdy nie rozmawiał na temat polityki. Pułkownik mieszkał u nas do pierwszych dni września, a później przyszła trzecia linia wojsk. Tym razem w moim domu zamieszkał porucznik w wieku około 25 lat i pochodził z okolic Kijowa. Mieszkał u nas do około 12 stycznia 1945 r. Pamiętam, że przychodzili do niego inni oficerowie i rozmawiali po rosyjsku. Porucznik przestrzegł mojego ojca, żeby nie odzywał się do żadnego z tych oficerów, ponieważ tylko on będzie z nimi rozmawiał. Jeden z tych oficerów bardzo dużo opowiadał o życiu w Związku Radzieckim i jak tam się dobrze żyje, i każdy jest szczęśliwy, lecz mój ojciec nie rozmawiał z nim, tłumacząc się, że nic nie rozumie po rosyjsku. Jak się później okazało, jednym z tych żołnierzy był oficer NKWD lub szpieg donoszący im. Ojciec był wdzięczny porucznikowi, że ten go ostrzegł przed nim. Widziałem, jak w Łowisku stacjonowały wyrzutnie rakiet tzw. katiusze, lecz nie mogliśmy się do nich zbliżać, ponieważ były zakamuflowane i strzeżone przez wartowników. W Łowisku funkcjonowało lotnisko i znajdowało się za rzeką w polach na wzniesieniu. Widziałem, jak startowały z niego i lądowały dwupłatowe myśliwce. Po odejściu wojsk radzieckich w styczniu 1945 r. w Łowisku w końcu zapanował oczekiwany spokój.

 

Wspomnienia spisał Grzegorz Batóg, wnuk pana Kazimierza w sierpniu 2020 roku.

 
Wspomnienia Pana Józefa Władysława Smusza

     Urodziłem się 1 listopada 1928 roku w Kamieniu, w izbie porodowej, poród odbierała pani Michalina Pruchniewska - była dyplomowaną akuszerką w Kamieniu. Moi rodzice: mama - Agnieszka z domu Ferenc pochodziła z Krzywej Wsi, tata Michał Smusz z Kamienia. Nasza rodzina mieszkała w Kamieniu. Do dziś zachował się dom rodzinny, stoi pomiędzy domem rodziny Skawińskch a sklepem Delikatesy Centrum. Miałem brata Jana i trzy siostry: Marysia wyszła za mąż za Michała Barana z Wólki Łętowskiej, wraz z rodziną mieszkała w naszym domu rodzinnym, Jadwiga - wyszła za mąż za Stanisława Wąsika z Nowego Kamienia, Franciszka, była żoną Jana Oczkowskiego z Nowego Kamienia. Kolejność narodzin: Jan, Józef, Franciszka, Jadwiga, Maria.

     Przed wybuchem wojny chodziłem do szkoły w Kamieniu. Zacząłem naukę w wieku 7 lat, ukończyłem tylko 5 klas. Wojna uniemożliwiła mi dalszą naukę. W klasach był dużo dzieci, ponad 30. Uczyłem się pisać, czytać, liczyć i na pamięć tabliczki mnożenia. Dyrektorem szkoły był pan Jan Barański, był oficerem, pochodził prawdopodobnie ze Lwowa. Moimi nauczycielami byli: pan Wierzbicki i pani Michalina Kogut. Ojciec pani Michaliny też był nauczycielem. Miałem wiele obowiązków domowych: pasłem krowy, pomagałem rodzicom w pracach polowych, przy ruszaniu ziemniaków, buraków, przy sianokosach i żniwach.

     Niemcy pojawili się w Kamieniu na początku września, dokładnej daty nie pamiętam. W tym właśnie dniu pasłem krowy na łące w Nowym Kamieniu przy granicy z polami z Kamienia, moi rodzice mieli tam pole. Kiedy po południu wróciłem z krowami do domu, to dowiedziałem się, że u nas są już Niemcy. W tym dniu do mojego domu przyszedł niemiecki żołnierz i chciał „wurst”. My nie wiedzieliśmy co to znaczy, czego on chce. Później nasz sąsiad z naprzeciwka, pan Dudzik, nam wytłumaczył, że on chciał kiełbasy. U nas jej jednak nie dostał i odszedł. Niemców widziałem po południu, szli rowami w kierunku Prusiny. Część żołnierzy szła pieszo a część jechała na motocyklach tzw. łódkach. Niemcy byli ubrani w zielone mundury, na głowach mieli hełmy, nosili ze sobą broń, były to automaty i karabiny. Część wojsk zatrzymała się na placu przy kościele, tam był postój, krótki odpoczynek. Tam też stały ustawione w porządku samochody i motocykle. Po przesunięciu się frontu do Kamienia przybyli ponownie Niemcy, władze niemieckie miały swoją siedzibę w szkole w Kamieniu na wprost kościoła. Gestapo miało swoją siedzibę w Górnie, a w Kamieniu ciągle ktoś z nich przebywał. Wójtem, na początku okupacji w Kamieniu był pan Kopacz, mieszkał w Kamieniu naprzeciwko gminy, obok państwa Potańskich. Mój starszy brat Jan pracował w Górnie przy budowie baraków w firmie ArturaYohra, a później został wywieziony na roboty przymusowe do Austrii, pracował bardzo ciężko przy odgruzowaniu. Do domu powrócił dopiero po zakończeniu wojny.

     Ja w 1942 roku zacząłem pracować na miejscu w Kamieniu u zarządcy Arnolda. Zostałem do pracy skierowany przez wójta Jerzego Schneikharta. Zarządca w czasie wojny mieszkał na plebani, obok naszego kościoła parafialnego. Ksiądz mieszkał na parterze, a Arnold na piętrze. W 1940 roku Niemcy zabrali mieszkańcom Nowego Kamienia, Kamienia i Prusiny ich pola i stworzyli duże gospodarstwo. Pozostawili dotychczasowym właścicielom pola w odległości 500 metrów od domu.

     W gospodarstwie utworzonym przez Niemców pracowali miejscowi. Pilnowali ich tzw. vorbeiterzy. Wśród dozorców był też mieszkaniec Kamienia, nazywał się Sapuła (bo znał niemiecki). Na naszych ziemiach, w niemieckim gospodarstwie, sadzono miedzy innymi: ziemniaki i siano zboża. Po ich wykopaniu kopcowano je w polu. Zboże po wykoszeniu było składane w polu, w stogi. Później Niemcy podciągali młocarnie i tam młócili. Omłócone zboże furmankami zwożono do magazynu w Kamieniu. Niemcy do pracy w gospodarstwie wykorzystywali traktory na gąsienicach, pługi do orki były wieloskibowe. Zboża ścinali snopowiązałkami, miejscowi chłopi kosili tylko te połacie, które były powalone lub było za mokro na wjazd maszyny. Zdarzało się, że miejscowi kradli z niemieckich pól zboża, za to groziła kara śmierci. Aby być pewnym, że zboże pochodzi z niemieckiego gospodarstwa, np. w owsie wsiewano okrągły groch. W czasie kontroli i przeszukiwaniu w gospodarstwach, gdy odnaleziono owies z grochem, to był dowód na zabranie zboża z niemieckiego gospodarstwa.

     Ja codziennie pracę rozpoczynałem o 5 rano. Pracowałem w stajni, która była niedaleko szkoły u Olka. Właściciel został wysiedlony. W stajni był 5 koni, ja miałem ich nakarmić, wyczyścić i na 7 rano miały być gotowe pod siodło. Trzy konie były do dyspozycji dozorców, którzy objeżdżali niemieckie gospodarstwo i pilnowali pracujących ludzi a dwa były do wyłącznej dyspozycji Arnolda, zarządcy. Oprócz dbania o konie, moim obowiązkiem było czyszczenie stajni, byłem też woźnicą. Jeździłem bryczką, woziłem Niemców, gdzie mi kazali. Nazywali mnie „Kutscher” (co znaczy furman).Pracowałem codziennie do 15 (od 5 rano), ale często musiałem pracować dłużej, bo musiałem na nich czekać i przywieźć ich z powrotem do Kamienia. W gospodarstwie był zatrudniony Hubryś, był sekretarzem w gospodarstwie, mieszkał koło dzisiejszej naszej dzwonnicy, tam był dom, w którym wcześniej mieszkał organista. Wielu mieszkańców Kamienia było wysiedlonych, musieli opuścić swoje gospodarstwa, pieczę nad nimi przejęli Niemcy.

     Pamiętam też łapankę, która została przeprowadzona przez Niemców 6 stycznia 1943 roku w święto Trzech Króli. W tym roku była straszna zima, mróz mocno trzymał, nocą było więcej niż 20 stopni mrozu. Wieś został obstawiona przez Niemców wcześnie rano. Żołnierze byli na drodze i za budynkami, szli od strony pól. Wchodzili do domów i osoby, które wg nich nadawały się do pracy, zabierali. Gromadzono ich w szkole w Kamieniu, później przewieziono do Łętowni.

     25 lipca 1944 roku odwiozłem bryczką Hubrysia do Raniżowa. Wiózł ze sobą ogromne walizki. Tam spędziłem wraz z innymi furmanami jedną noc. Chłopców z Kamienia (furmanów) było ośmiu. Tam nas poinformowano, że jutro będziemy jechać dalej, a my następnego dnia rano bardzo wcześnie uciekliśmy od nich i chcieliśmy wrócić do Kamienia. Podzieliliśmy się, każdy szedł piechotą sam. Kiedy już opuściłem Raniżów, wtedy nadleciał niemiecki dwupłatowiec, piloci do nas strzelali. Ja, gdy zobaczyłem niemiecki samolot, ukryłem się w dziesiątku, kiedy wreszcie samolot odleciał, wyszedłem ze zboża i nauczony, nie szedłem odkrytym polem, tylko starałem się iść skrajem lasu, by ukryć się w nim przed następnym samolotem. Szczęście mi sprzyjało wróciłem do domu. Gdy powróciłem do Kamienia, Niemców już u nas nie było, ale przylatywały niemieckie samoloty i z nich piloci strzelali do ludzi. Był wtedy wielki popłoch, ludzie uciekali, chronili się, gdzie kto mógł. Byłem też świadkiem zdarzenia, które miało miejsce między Krzywą Wsią a Górnem. Byłem w tym dniu u swojej ciotki w Krzywej Wsi i widziałem wózek ciągniony przez psy (4 psy). Na wózku siedział niemiecki żołnierz w randze sierżanta, był ranny. Wózkiem kierował Rusek, który skręcił w drogę w kierunku Łowiska, tam zepchnął rannego Niemca do rowu i go zastrzelił. Sam siadł na wózek, dalej ciągnęły go psy w kierunku Kamienia.

     Końcem grudnia 1944 roku z Kamienia odeszli Rosjanie. U nas w domu przez kilka tygodni spało 6 Rosjanek, były sanitariuszkami. W czasie pobyty wojsk rosyjskich na terenie Kamienia zostały urządzone lotniska: pod Borczynami, na polach (u Rodzeniów) i pod Olszynami (lasy prywatne należące do: Szotów, Błądków, Storych, Dudzików, Orszaków). Gospodarze, którzy mieli konie i wozy, byli wysyłani przez wójta z Kamienia na tzw. forszpany. Ten obowiązek był szczególnie niebezpieczny, gdy zbliżał się front. Wozacy przewozili rzeczy potrzebne żołnierzom na froncie: żywność, broń, amunicję. Furmani jechali na kilka dni.


     Wojna to bardzo ciężkie czasy, w mojej pamięci wydarzenia związane z nią są świeże aż do dziś, nie uległy zatarciu. Najlepszy czas dla nas to pokój. Wojna to zagrożenie życia, ciągły strach o siebie i bliskich, niepewność losu.

Wspomnienia zostały spisane w domu pana Józefa w sierpniu 2020 roku
przez Helenę Orszak

 
« PoczątekPoprzednia12345678910NastępnaOstatnie »

Strona 1 z 15

Kto jest online


     Naszą witrynę przegląda teraz 13 gości 

Wsparcie działalności

 

Towarzystwo  Przyjaciół   Kamienia

 jest organizacją pożytku publicznego.

Można przekazać 1 % podatku

 W zeznaniu podatkowym należy wpisać:   KRS - 000 0037454

i deklarowaną kwotę podatku.

 

Wypełnij PIT on-line i przekaż 1% dla Towarzystwa Przyjaciół Kamienia

Copyright ? 2010 Towarzystwo Przyjaciół Kamienia. Design KrS, Valid XHTML, CSS